Baza wiedzy z zakresu medycyny estetycznej, ogólnej i chińskiej. Najlepszy Portal!

Bioterapia w leczeniu ciężkich chorób

Ojciec Przemka zawiadomił mnie telefonicznie o chorobie, ale to było wszystko, co mógł zrobić – szpital ten jest jedynym miejscem w Trójmieście, gdzie nie jestem wpuszczany. Byłem na kilku oddziałach intensywnej terapii, kilkakrotnie w samej Akademii Medycznej, wszędzie – tylko nie tam. Po raz pierwszy wróciłem sprzed drzwi tego szpitala wezwany do kobiety operowanej na trzustkę. Przed wejściem zostałem poddany szczegółowemu badaniu noszącemu znamiona inwigilacji, mimo iż znacznie wcześniej uzgodniono, kto przyjdzie i po co i uzyskano na to zgodę. To było jeszcze na długo przed sławetnym zakazem ministra zdrowia dotyczącym współpracy lekarzy z bioterapeutami na terenie szpitala. Zresztą, gdy już ów zakaz się ukazał, przewodniczący Komisji d/s Niekonwencjonalnych Metod Leczenia, naciskany przez dziennikarza, oświadczył w telewizji, że jeśli rodzina chorego domagać się będzie wyrażenia zgody na wizytę bioterapeuty w szpitalu, to on nie będzie tego zabraniał. Mamy więc do czynienia i z zakazem i zezwoleniem jednocześnie, co oznacza, że doprowadzono do takiego materii pomieszania, aby pacjent i jego rodzina dokładnie nie wiedzieli, jak jest w rzeczywistości.

Wracając do oddziału intensywnej terapii, przed którym stałem, usłyszałem tam jeszcze, że Nardellego, to by, owszem, puścili, ale mnie nie, a w ogóle, to z rany pooperacyjnej jest bardzo duży wyciek ropy i tu bioterapia nie ma czego szukać.

Nie wiedziałem jeszcze w owym czasie, że za ileś tam miesięcy uratuję życie pielęgniarce ze szpitala w Redłowie, której rana po identycznej operacji guza trzustki nie goiła się i nie dawano jej żadnych szans na przeżycie. Była matkę ośmiomiesięcznego dziecka, powiedziano mi. Nie widziałem jej szwu operacyjnego, bo działałem na nią poprzez opatrunek i koszulę. Okazało się po jednym razie, że rana zagoiła się (powiedzmy – wygoiła znacznie), a właściwie górna jej część, tam gdzie właśnie chora była dotykana. Sprawdziłem przy okazji wahadełkiem, czy łóżko, na którym leżała, nie stało na cieku wodnym. Uważałem się i uważam nadal za radiestetę bardzo miernego, nie należę bowiem do tych, którzy wczoraj nic o tym zjawisku nie wiedzieli, a jutro, po przeczytaniu dwóch broszur i trzech prób z wahadełkiem czy różdżką, od razu stają się radiestetami, ale i w tym akurat przypadku wskazania mojego wahadła okazały się prawidłowe – ciek przebiegał pod jej łóżkiem. Jak dowiedziałem się od pielęgniarek, jakikolwiek chory, którego położono na tym łóżku, przychodził do zdrowia po wyraźnie dłuższym okresie niz inni pacjenci. W tym przypadku położono koleżankę po fachu w niekorzystnym miejscu akurat dlatego, że nie było innego wolnego – następnym razem spotkałem ją w zupełnie innym pokoju.

Podobne Artykuły

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.